"Los żołnierza" - Jan Mazurkiewicz
   
 ciąg dalszy - fragmenty
                                                         strona 6

              Chodzimy tu i tam, pomagamy rannym i odnosimy ich. Wszędzie wołania o     
  pomoc; niektórzy proszą , by ich dobić. Napotykamy dwóch rannych Francuzów,      
  leżących do pół ciała w wodzie w leju od granatu. Rzuca się na nich jakiś Bawarczyk  
  ze słowami:- Verfluchte französische Hunde! (Przeklęte psy francuskie!) i chce ich      
  dobić bagnetem. Usuwamy go, a rannych wydobywamy z kałuży i doraźnie                
  opatrujemy. Pułk nasz wycofano w nocy do drugiej linii, a raczej my ją dopiero          
  tworzymy. Artyleria z pośpiechem  przejeżdża tam i z powrotem. Niektórzy z             
  artylerzystów, ranni, obsługują swe działa jedną ręką, inni kuleją. Co chwilę nad nami 
  słychać warczenie samolotu. Po tylu wrażeniach zasnąłem bezwładnie. Obudziły mnie  
  dopiero padające z góry promienie słońca.
                  Męczy nas pragnienie, lecz wodę dostać można tylko w odległej o około    
   siedmiuset metrów wiosce, która jest silnie ostrzeliwana i z tego powodu całkiem       
   pusta. Po krótkim namyśle biorę kilka naczyń i idę po wodę. Skradam się przez        
   zaułki, płoty, krzewy. Granaty przelatują gdzieś dalej. Nagle jakiś inny świst   granat  
   spadnie w wiosce. Ledwie ukryłem się pod krzak, a już wybuchy  jeden, drugi,         
  trzeci. I znowu granaty przenoszą na dalszą odległość. Przy studni jest tylko jeden       
  artylerzysta. Pozdrawiamy się. Nabieramy wody i uchodzimy. Miedzy budynkami       
  spotykam starą kobietę, oglądającą się trwożliwie. Mijam ją.
                Znowu inny świst i uderzenie granatu. Ziemia, połamane dachówki i drzewo  
  padają tuż obok. Przytulam się do muru jednego z domów, do którego później           
  wchodzę. Meble, kołdry, ubrania, naczynia, wszystko w wielkim nieładzie                  
  porozrzucane na ziemi. Na jakimś meblu stoi krzyż. Na chwilę zatrzymuję się
  i skupiam myśli.
      Odwracam się już ku wyjściu, lecz   moment przestrachu   spostrzegam staruszka,  
  wychylającego się zza firany zasłaniającej jego łóżko. Wygląda jak  widmo z tamtego 
  świata. W oczach starca jest jakby niema skarga, jakby sąd jakiś straszny.  Wojna to 
  jednak okropność! Powracam tą samą drogą. 
  W tej chwili granat uderza w miejscu, kędy  muszę przejść.
  - Tam byłbyś, gdybyś nie był zatrzymał się przed krzyżem -  przemknęło
  mi przez myśl. Przypadek, lecz krzyż był tu przyczyną przypadku.

 
                                                               strona 7


                                                            Rozdział II

                                                W  ulewie stali i żelaza

         Jesteśmy na kwaterach. Przy apelu okazało się, że brak więcej niż połowy kompanii. 
  Z czterdziestu pięciu nowicjuszy jest nas tylko dziewięciu, w tym pięciu tych, którzy nie     
  mając broni pozostali na miejscu jako odwach. Każdy też jakoś zmarniał przez tych 48     
  godzin. Leutnanci zwracają nam uwagę, byśmy przy spotkaniach za każdym razem im nie  
  salutowali i ich obecnością się nie krępowali. Wyższych oficerów nie widać w linii             
  bojowej, ani tutaj, parę kilometrów za linią.
         Po jednym dniu odpoczynku idziemy znowu do linii bojowej. 
      -  Zanosi się na katusze -  mówi nasz towarzysz Jub jakimś zmienionym głosem.
      -  Przecież kompania jest za mała, by mogli z nami coś zrobić - wtrąca Żyd Silberberg.
      -  Wepchną nas pomiedzy innych - objaśnia Rehrs.
      -  Co nas inne formacje obchodzą. Wycierpieliśmy dosyć! Należy nam się co najmniej  
   pół roku wypoczynku   mówi znowu Silber.
       - Tego ani nasza komenda, ani Francuzi nie wiedzą, że nam się odpoczynek należy.      
   Powinieneś im to przedłożyć - pokpiwa August, jeden ze starych.
   Wchodzimy na teren mocno ostrzeliwany. Co chwilę chronimy się do przydrożnego         
  rowu. Na szosie głębokie leje od granatów. Tu i ówdzie potrzaskany wóz lub armata.

                 Ranni mijają nas pieszo lub na wozach. Obraz coraz bardziej przybierający na   
   okropności. Nasza kompania idzie w milczeniu. Jacyś fanatycy w poprzedzającej nas       
   kompanii  przyśpiewują: - Dem Kaiser Wilhelm haben wir's geschworen, dem Kaiser...    
  (Cesarzowi Wilhelmowi  to przysięgaliśmy  ...). Wtem świst i ... krach! Jakby sznurkiem   
   pociągnął, leżymy w rowie. Śpiew ustał. Równocześnie do naszych uszu dolatują             
   przeraźliwe krzyki rannych. Granat uderzył  w środek śpiewającej kompanii. Jeden z       
   urwaną nogą głośno jęczy. Inny, na pół leżąc, wyciąga prawą rękę i woła: - Nehmt          
  mich  weg! (Weźcie mnie!). 
          Opodal ktoś przylgnął twarzą do ziemi,  z głęboką raną w głowie i co sekundę drga, 
   jakby w uścisku śmierci. Dwóch zabitych padło jeden na drugim. Na brzegu leja - pół      
   człowieka z przewieszoną głową. Leżą tam młodzi ludzie porozrywani, połamani, zabici.   
   Twarze ich, niedawno wesołe i piękne, teraz jakby za jednym smagnięciem bicza             
   pomasakrowane i powykrzywiane z bólu.
                                                                 strona 8

                 Wyprowadzają nas w pole i cały dzień chodzimy bez celu. Wzgórza nas chronią.   
    Dróg unikamy. Wieczorem rozkładamy się koło jakiejś zagrody i wkopujemy się w ziemię. 
    Odchodzimy pojedyńczo, by z zagrody przynieść trochę słomy. Wchodzę do chlewa,         
    macam i szukam słomy. Wtem zimny dreszcz mną wstrząsa. Ręka moja spoczywa na          
    czymś skrzepłym. Przez chwilę stoję i myślę: człowiek czy coś innego? Wreszcie odważam 
    się i macam. Tak! Zimna ręka  człowieka, położona, zdaje się, na piersi. Po chwili, w          
    świetle pożyczonej a migocącej zaledwie latarki kieszonkowej, oglądam młodego               
    leutnancika z szeroką raną w piersi.
                Następnego dnia leżymy w drugiej linii w parku miejscowości Souchez. Straszliwa  
     kanonada wyrywająca w mokrym terenie głębokie leje, łamiąca i obalająca najstarsze        
    drzewa. Wycie odłamków, jakby się skarżących, że oddzielono je od pięknie złożonej        
    całości. Echo walących się murów przyległego kościoła i zabudowań. Wszystko to łączy się
    w jakiś nieopisany rumor, powodujący drżenie ludzi i ziemi. Tulimy się w rowie do ziemi i    
    jeden do drugiego. Przemykający w poszukiwaniu lepszego schronienia i wołający o           
    pomoc ranni już nie zwracają na siebie naszej uwagi. Każdy myśli tylko o sobie. Nikt nic     
    nie mówi, nikt nie wie gdzie dowódca kompanii, a ten nie wie gdzie jego ludzie.
                Jakiś starszy leutnant przebiega koło nas w rowie i woła, trzymając się oburącz za   
    głowę: -   Leute, wir sind kaputt! Wir sind alle kaputt!
       ( Ludzie, zginęliśmy! Wszyscy zginęliśmy!).
   Wtem huk  i straszne ciśnienie powietrza powala na ziemię. Opadają na nas jej czarne bryły 
   i połamane gałęzie. Część rowu zdemolowana.-  Sanitäter! Sanitäter! (Sanitariusz!) - woła   
   kilku rannych, których głosy słyszymy jakby spod ziemi.- O Jezu, co to będzie!
   O Jezu co to będzie!- biadoli jakiś Polak.
        Niewielu nas do wieczora pozostało. Jedni z ziemią na zawsze się połączyli, inni odeszli,  
   radzi, że są lekko ranni, jeszcze inni po prostu uciekli.

                    Z nastaniem ciemności ogień ustaje. Idę do przyległej zagrody. Spotykam tam     
   znajomego z naszego erzacu3), Hertlinga. Pytamy wzajemnie o tego i owego. Jesteśmy        
   osowiali. Żołądek dopomina się o swe prawa, o coś ciepłego. Dalej droga wypadła mi        
   obok kościoła, przez cmentarz. W świetle rakiet widzę czaszki, kości, połamane trumny,      
   grobowce i drzewa. Tu i tam poszarpane ciała żołnierzy, którzy szukali tu prawdopodobnie  
   schronienia. Wszystko to przedstawia jeden straszny obraz poprzewracanej ziemi, wraz z    
   tym co było na niej i pod nią. Kościół, niedawno jeszcze cały, teraz zupełnie zdemolowany.  
   Ten sam obraz spotykam w wiosce Souchez, dokąd przybyły nasze kuchnie. Wszędzie        
   rumowiska i pozwalane domy.   Przy stawie leżą zabite trzy silne konie. Wioska zapchana 
   kuchniami i wozami z amunicją.
   Z cicha się to wszystko nawołuje i wymija. Światła nie wolno zapalać. Szukam dosyć długo 
   naszej kuchni. Inne same ofiarowują mi jedzenie, byle tylko się go pozbyć; chcę jednak        
   znaleźć naszą, mam ochotę swobodnie pochodzić. Tam chorągiew z czerwonym krzyżem    
   miejsce opatrunku, tu jakieś światełko w sklepie. Wchodzę.
 

      3) Ersatz  -  rezerwa

                                                                    strona 9

                      Podłoga zasłana śpiącymi żołnierzami jak zbójcami z bajki. Nikt nad nimi nie czuwa.
   Idę dalej. Co chwila ktoś pyta o pułk lub kompanię. Niekiedy to mrowisko ludzi oświetla słaby blask 
   wznoszących się rakiet.
  Dostajemy trochę grochu, kawy i czekolady. Chleba mamy pod dostatkiem, o mięso mało dbamy z    
   powodu unoszącej się dokoła woni ciała i krwi. Najchętniej widzimy kawę i czekoladę. 
     - Gdzie spędzimy noc? -  pytam Hertlinga.
     - A tutaj, w tej połowie chlewa! Jest trochę słomy!
     - Wiesz, ja tutaj nie radzę pozostać; jeżeli  jeden  tu w nocy uderzy, to wszyscy dziesięciu, którzy     
   tutaj jesteśmy, zginiemy.
     - Nocą nie będą strzelali!
     - Nie, Hertling, ja tu nie zostanę. Chodź ze mną do rowu!
   Nie znalazłszy posłuchu , udaję się sam do parku. Noc, nie licząc pojedynczych wystrzałów, przeszła  
   spokojnie.Pozbierani jako resztki różnych formacji, prowadzeni przez jednego leutnanta4)                  
  Bawarczyka, zajmujemy znowu, jako drugą linię, pozycję we wgłębieniu drogi na pochyłości wzgórza, 
  na którym przedtem była nasza pierwsza linia. Wkopujemy się jak krety w osłaniające nas od strony   
  nieprzyjaciela zbocze drogi. Ogień wzmaga się. Patrzymy także wstecz. Za nami dolina i piękny widok 
  w dali. Ranni jak rzeka - na wozach, noszach i pieszo -  przesuwają się drogą  przed naszymi oczami.  
    Na nizinie widać tylko telefonistę, który naprawia zapamiętale, mimo gęsto uderzających granatów,   
    druty telefoniczne. Nowa fala granatów uderza w nizinę. Przypatruję się granatom padającym opodal
  i dzielnemu telegrafiście, który ani nie przylgnie do ziemi. W pewnym momencie słup dymu wyrywa się 
  tuż, tuż koło jego nóg. Drętwieję. Dym rozwiewa się powoli, telefonisty ani śladu.

                                                                 
 Rozdział III      
                                                                  
W odwodzie

                      Wymyliśmy się i oczyścili. Prawie każdy, mimo znużenia, czuje się jak nowo narodzony.  
   Przecież mamy być wycofani na tyły w celu uzupełnienia pułku. Co potem - nikt nie myśli, byle dziś,    
   jutro i cały tydzień nie być w szlamazlu 5).
    - Tydzień temu byliśmy jeszcze w Kleve - mówi Jub.
    - Tak! A ilu nas, nowych, jeszcze jest w kompanii? - pyta Silber.
    - Do dziś siedmiu! A pewno więcej się nie znajdzie - odpowiada Rehrs.
    - Nas, nowych, poległo stosunkowo dużo więcej niż starych - oblicza Silber.
   Zachowaliśmy się też całkiem niewłaściwie. Ja, na przykład, gdy pierwszy granat uderzył niedaleko,    
   patrzyłem ze zdziwieniem , że wszyscy rzucają się na ziemię. Dopiero na myśl,  że mogę się narazić na 
   karę - padałem, gdy inni już wstawali. Do owego czasu myślałem, że z armat strzela się tylko na         
   postrach, albo że służą one do rozbijania fortyfikacji.
   - Jak to nam oni w garnizonie mówili, że Francuzi uciekają, gdy tylko niemieckiego żołnierza zobaczą, 
   albo że są  jak kupa baranów, którą się gania, jak się komu podoba - dodaje Silber.
   - Czy tu jest ósma kompania?-  pyta przybysz z innej kompanii.
   - Tak jest! - odpowiadamy prawie chórem.
    Przybyły pyta o moje nazwisko. - To ja - odpowiadam.
    - Pozdrowienia od kolegi Hertlinga -  mówi przybysz. 


       4) Leutnant   -  podporucznik
       5) Schlamasl  - tut. Bałagan.
                                                                       strona 10


   - W chlew , w którym przebywanie uważałeś za niebezpieczne i ostrzegałeś Hertlinga, uderzył  granat
    i dziewięciu ludzi zostało rannych lub zabitych, Hertling ma prawą rękę do łokcia urwaną.
            - Ładny heimatschuss 6)  - mówi Silber.
            - To mój ziomek z jednej wioski - dorzuca Rehrs.
   Wycofani dalej na tyły, stajemy w kwaterach w miejscowości Vitry. Służby nie mamy wcale. Trochę    
   instrukcji, trochę apelów. Przez całe dni zbijamy bąki  i chodzimy z kąta w kąt. Formacja nasza            
   nasiąkła prawdziwą demokracją. Nie ma już nowych ani starych, podoficerów ani szeregowych.           
   Wszyscy rozmawiają  per ty . Prawie wszyscy to Westfalczycy, bergmani7) .
           Głównym naszym staraniem jest mieć coś jeść. Nie szczędzimy też sobie wina, piwa ani sznapsu.  
    Szczególnie  krępy August i Tambor, dobosz naszej kompanii, dostarczają nam wesołych chwil,          
    kłócąc się często i upijając się razem.
  - Niemiecki Michałek musiałby każdemu żołnierzowi co dzień dać litr sznapsa 8) , a prędko byśmy do   
     Paryża zaszli -  mówi August, na pół pijany.
        - Ty pijany wieprzu, tylko chlałbyś! Musisz wiedzieć, że alkohol jest szkodliwy   filozofuje Tambor,  
    ciężko podnosząc się i opuszczając głowę.
        - Ty stary kundlu! Więcej chlasz niż ja, przed chwilą pół litra wypiłeś, a mnie nie dałeś nic.
        - Nie za twoje pieniądze piję -  oponuje Tambor.
        - Ale z mojej flaszki teraz wypiłeś więcej niż ja -  irytuje się August.
        - To za moje masło, któreś mi dzisiaj rano zjadł - wyjaśnia Tambor.
              Dostajemy nowy zapas ludzi. Uzupełniony pułk już od godziny stoi gotowy do przeglądu.
              Po formalnościach związanych z przeglądem zabiera głos nasz pułkownik Jachmann.
         Między innymi mówi: 
      - Nieprzyjaciela tym razem odparliście. Spodziewam się, że zawsze tak będzie, przecież jesteście      
         młodzi. W chwilę zaś później pada zdanie:
      - Każdy powinien się wzorowo prowadzić, przecież  jesteście wszyscy już starszymi ludźmi.
      - A więc raz młodzi, raz starsi, jak im stosowniej -  komentuje Silber.
      - Spytaj go, dlaczego kot ma ogon - dorzuca Tambor.

      - To on ci powie, ale zapytaj go, gdzie on był, jak my w szlamazlu byli - mówi August.
      - Przywiąże cię do koła i będziesz miał czas rozmyślać - odpowiada dobosz.
      - Bardzo chętnie pozwoliłbym się  do koła przywiązać, ale pod tym warunkiem, że jego kwatera        
         będzie pod  ogniem kartaczy - godzi się Silber.
      - Od niego nie możesz wymagać, by szedł do rowu. Ma przecież piersi do noszenia orderów, 
         a w rowie mógłby łatwo być trafiony - mówi z powagą  Jub.

        Mamy w miejscowym kościele nabożeństwo. Podczas kazania mówi ksiądz kapelan z zapałem: -    
     - Zbudź  się, Germanio! Musisz nieprzyjaciół zwyciężyć i świat pchnąć na nowe tory.  
     - Ten kapelan  gotów sam się rzucić na Francuzów.  
   - Aj! Waj! Jaki byłby z tego gwałt - mówi naśladując Żyda nasz Rudde, którego nazywamy Dawidem. 



6) Heimatschuss -  postrzał ojczyźniany, tu: lekki postrzał dzięki któremu można się dostać na tyły.
7) Bergmann       -  górnik
8) Schnaps          -  wódka
STRONA GŁÓWNA 

POPRZEDNIA  STRONA
POWRÓT DO  GÓRY                     ciąg dalszy strony