12 lutego -  niedziela

   Siedzę godzinami na korytarzu przy OIOM-ie, wydaje mi się, że moja
    bliskość Jej pomaga. Wchodzę do Bożenki jeden, nieraz dwa razy na dzień. 
   Właśnie w niedzielę, gdy do Bożenki coś mówiłem, to próbowała otworzyć oczy,
   ale nic z tego nie wyszło.
   Uprzedzono mnie, że jeśli pokarm, którym Bożenka zakrztusiła się wejdzie
   w kanaliki drzewa oskrzelowego i dodatkowo zostanie tam wciśnięty przez podawany tlen 
   z respiratora, to skutki mogą być tragiczne.


        
14 lutego -  wtorek

 jestem z rana o 6,30 w szpitalu, ale tylko po to, aby być choć na korytarzu, niedaleko Bożenki, bo o 
tej porze do środka nie wpuszczają. Wiem, że moja obecność w odległości kilku metrów Jej pomaga. 
Około południa wchodzę do Bożenki. Leży na wznak, ale gdy do Niej coś mówiłem zero reakcji, tylko 
sobie spokojnie oddychała tlenem z respiratora.


         
15 lutego -  środa

W szpitalu byłem 2 razy o 10-tej, ale do Bożenki nie wchodzę, siedzę na korytarzu. Dopiero po 
południu o 16,00 gdy wchodzę, leży na lewym boku; temp. 37,2 i spokojnie oddycha. Lekarze twierdzą, 
że po odłączeniu respiratora Bożenka sama nie chce oddychać i dusi się, wtedy znów podają tlen. Jest 
ewentualność, że organizm w ogóle nie będzie chciał sam podjąć czynności związanych z oddychaniem.
Mam wciąż nadzieję, że stanie się coś wyjątkowego i Bożenka wróci do stanu jaki był w styczniu tego 
roku. Po przyjściu do domu zatelefonowałem do kilku bliskich osób - które wiem, że potrafią się 
modlić i kochają Bożenkę - z prośbą o modlitwę. 
Jakoś lżej mi się wtedy zrobiło; wszyscy mnie rozumieją.
        10 lutego -  piątek 

  Bożenka czuje się raczej dobrze. Siedzę przy Niej cały czas.



       11 lutego - sobota,

  Bożenka jest dziwnie senna, ale uśmiecha się, podczas obiadu około godziny 13,30 gdy Ją               
  karmiłem, zaczyna się dusić flegmą i pożywieniem w postaci papki. Pielęgniarki odsysają flegmę,
  ale to za mało potem widzę, że Bożenka traci przytomność, wzywam pielęgniarki; przychodzi          
 lekarz dyżurny, potem przychodzi drugi lekarz. Wszyscy debatują. Po jakimś czasie wychodzą z      
 pokoju dwaj lekarze i  pielęgniarki z podręcznym jakimś sprzętem- słowem cały personel lekarski 
 i pielęgniarski; ja wchodzę do pokoju. Bożenka nadal jęczy z otwartymi ustami, dusząc się.
        Jest nieprzytomna. Dowiaduję się, że ratowanie Bożenki nie ma sensu, bo to tylko przedłuża   
  Jej cierpienie. Do mnie to nie dociera i na moją prośbę Bożenkę podłączają do respiratora.             
           Nieprzytomna trafia na Oddział Intensywnej Terapii /OIOM/. Jadę do domu wyjątkowo         
        przygnębiony. Wieczorem, gdy przyjechałem znów do szpitala zostaje mi wręczona tekturowa   
       kartka na której było napisane:- 

 "Pani Bożena Mazurkiewicz podczas pobytu w Woj. Szpitalu Zespolonym w Elblągu przyjęła Sakrament 
  Namaszczenia Chorych. Elbląg dn. 11.02.2006 Kapelan /podpis nieczytelny/ Parafii Św. Brata Alberta."
 
  Bożenka cały czas nieprzytomna żyje pod respiratorem.  Najsmutniejszy dzień chyba w całym         
  życiu, bo nie pamiętam takiej chwili. 
  7 lutego - wtorek

 Tak sobie gaworzyliśmy przed południem w naszym stylu:
                                    
 Bożenko, kochasz mnie?                                              
                                                   TAK
                                    A kochasz mnie mocno?  
                                    BARDZO MOCNO


  Bożenka te "bardzo mocno" powiedziała tak wyraźnie, że aż dziwnie zabrzmiało.
  Podczas obiadu około 14. Bożenka krztusi się i znów zaczyna  dusić się flegmą. Wzywam znów  pogotowie
  i lekarz bez dyskusji decyduje, aby zabrać Bożenkę do szpitala. Godzina około 15,00.  Zakładam Bożence 
   pampersa, a potem ubieram w ciepłe bawełniane grube dresy i kurtkę ocieplaną z kapturem, na nogi     
   bambosze futrzaki. W karetce pogotowia Bożence podawano tlen, a w szpitalu przez całą godzinę  jest na
   Oddziale Ratownictwa i tam też dostaje tlen.  Przez godzinę wykonano podstawowe badania.
   Stwierdzono ostre spastyczne zapalenie oskrzeli.
   Potem Oddział Wewnętrzny, siedzę przy Bożence do późnego wieczora.
Czy mogło nie dojść do tak dramatycznej sytuacji jaka miała miejsce w lutym bieżącego 2006 roku. Na to pytanie trudno 
odpowiedzieć, choć uważam, że przy dużej wiedzy i doświadczeniu z sm, można było zapobiec tym wydarzeniom.
Ja takiej wiedzy niestety jeszcze nie posiadam, a dopiero zdobywam jej okruchy  po każdym następującym po sobie etapie choroby.
Bożenka zaczęła mieć kłopoty z nadmiarem wytwarzającej się flegmy już około 2001 roku. Gdy była w Dąbku  rehabilitantka 
powiedziała mi, abym zaopatrzył się w ssak do odsysania flegmy. Ja potraktowałem to jako życzliwą poradę, jednak z zakupem 
takowego wstrzymywałem się na  gorsze czasy . Potem zaczęło się pojawiać krztuszenie. Nie wiedziałem, że to taki groźny zwiastun 
najgorszego czyli kłopotów z przełykaniem pokarmów i  groźbą uduszenia. Już od co najmniej roku przy każdym posiłku 
Bożenka kilkakrotnie krztusiła się pierwszym łykiem herbaty, pierwszym kęsem kanapki. I to coraz częściej.
Gdyby ktoś np. lekarz neurolog, z którego porad nie korzystamy już kilka lat lub jakiś gastrolog, czy może laryngolog - bo to też 
specjalista od przełyku, powiedział nam: - "Proszę państwa Bożence należy założyć przetokę żołądkową, a nie czekać na taki 
moment, kiedy może to okazać się zbyt późne" -  to Bożence oszczędziłoby się kilkanaście dramatycznych dni na OIOM-ie.
 Jej organizm nie musiałby zapaść w stan nieprzytomności, nie musiałby walczyć z zapaleniem płuc, z infekcją dróg moczowych 
zainfekowanych zjadliwą bakterią ojomowską, z opuchlizną całego ciała, Bożenka nie miałaby paskudnych odleżyn na pupie i co 
najgorsze na głowie i na uszach. Niestety to wszystko się stało. A stało się dlatego, że zabrakło tego wyczucia momentu, tej odwagi, 
kiedy to Bożence 
należało założyć przetokę żołądkową w normalnie ustalonym terminie.
 A może też i rurkę tracheotomijną, bo mimo utrudnień z obsługą tej rurki, no i samego posiadania obcego ciała w tchawicy, to 
jednak jest zasadniczy plus, że Bożenka już się nie zadusi, a i flegmę odsysa się w każdej stosownej chwili.
 Flegma nie stanowi teraz utrudnienia w oddychaniu czy spokojnym spaniu.
Piszę o tym, aby ktoś, kto będzie miał podobne objawy jak Bożenka, nie czekał z wykonaniem niezbędnych zabiegów na ostatni 
  moment, który może okazać się potem momentem zbyt późnym lub po prostu za późnym.
                

   3 lutego  -  piątek

   pierwsze objawy niepokojące z oskrzelami - chyba zapalenie oskrzeli.
  Wieczorem przyjeżdża pielęgniarka, która Bożence zakłada miękkie wkłucie czyli wenflon;                    
  aplikuje antybiotyk Augmentin do iniekcji, bo Bożenka ma poważne kłopoty z przełykaniem, 
  więc może nie przełknąć antybiotyku w tabletce.


  
4 lutego - sobota, 

  Wzywam pogotowie, bo Bożenka  dusiła się flegmą. Odessali i się poprawiło.



 
 5 lutego- niedziela 

Bożenka dusi się flegmą i traci przytomność, a leżąc na boku przygryzła sobie język.
 Z ust wypływa flegma z krwią,  w pierwszej chwili nie wiem co robić, ale potem wszystko wraca do  
normy. Cała ta choroba zaczyna być niepokojąca; nie pamiętam żeby Bożenka wcześniej tak cierpiała. 
Tylko patrzy na mnie szeroko otwartymi ufnymi oczami. Ona wie, że przy mnie krzywda nie może się 
Jej stać, a jednak jestem coraz częściej bezradny i to mnie dobija.

 
  6 lutego - poniedziałek,

     biorę 5 dni opieki, 
          16 lutego - czwartek

 Rano znów w szpitalu. Bożenkę ciężko oddycha jakby zmęczona oddechem.
 Pytam pielęgniarkę dlaczego tak jest, odpowiada, że to normalne. Zdejmuję Jej 
skarpety, bo nóżki ma za ciepłe, a wiem, że nigdy nie lubiła skarpet na zimne nogi- 
wolała termofor.
Wieczorem znów do szpitala. Bożenkę widzę o godz.20,00. Tak samo ciężko oddycha. 
Teraz z kolei nóżki ma chłodne i założyłem Jej skarpety z powrotem. Wyszedłem 
chyba po 5 minutach. Nie mogę na to patrzeć. Gdy do Niej mówiłem zero reakcji. 
Wysłałem dziś e-mail do ks. Mieczysława Malińskiego o moich wątpliwościach 
odnośnie do cierpienia Bożenki i podłączenia Jej na moją wyraźną prośbę do 
respiratora.
           17 lutego - piątek

 Rano zapytałem czy wczorajszy ciężki oddech może oznaczać przełom w chorobie- a jeśli tak, to w "którą stronę". 
Powiedziano mi, że raczej na niekorzyść Bożenki, bo wczoraj miała gorączkę 38,7 po infekcji bakteryjnej jakiej uległa 
na OIOM-ie. Potem bardzo się spociła, wszystko było mokre. Około godz. 12 wszedłem do Bożenki. Miała temp.36,8 
ale ku mojej radości Bożenka na mój głos zaczęła reagować i nawet oczęta kochane rozchyliła na 2-3 mm, i to kilka 
razy. Potem gdy prawdopodobnie znudziła się moim głosem to przestała tak reagować.
Ale gdy powiedziałem: - "Bożusieńko, Adaś zaraz do Ciebie przyjdzie"- to też oczy próbowała rozchylać. Wycałowałem 
Ją po całej twarzy tylko w samą buźkę nie mogłem , bo  przewód od respiratora ma przy ustach. Co najgorsze to ma 
odleżynę na lewym uchu, a ucho było posmarowane białą jakąś substancją, ale czerwoną ranę było wyraźnie widać. 
Widocznie za długo leżała na lewym boku. Mój optymizm, że Bożenka zaczyna reagować zgasiła  rozmowna 
pielęgniarka przełożona, która moje uwagi o reagowaniu Bożenki skomentowała:
- Ale czy pan wie jaka to jest choroba? 
- nie odpowiedziałem wyczerpująco tylko lakonicznie - TAK.
 A pomyślałem sobie, że chyba więcej wiem niż niejedna z pielęgniarek, a może i niejeden lekarz.
 Czyli jednak lekarze i personel pielęgniarski traktują Bożenkę jako spisaną na straty, bo to stwardnienie rozsiane. 
Już dawno temu napisałem na mojej stronie internetowej, że 
stwardnienie rozsiane jest dyskryminowane.

 Gdy wychodziłem od Bożenki miała 37,1 temp. W komputerze w domu zobaczyłem odpowiedź od ks. Malińskiego na 
mój e-mail. Odpowiedział krótko, czego mogłem się spodziewać: 

         Szanowny Panie      
   Proszę zwołać konsylium i poddać się jego decyzji. 
                 Zalączam wyrazy szacunku 
                ks. Mieczyslaw Malinski 

         Po godzinie 19;00 znów  jadę do Bożenki. Gdy wszedłem miała 37.9 temp.
 I też oddychała dość nierówno, powiedziałem o tym pielęgniarce, która przyszła i odessała flegmę i zaraz po tym  
oddech wyrównał się. Lecz niestety Bożenka znów nie reagowała.
 Pielęgniarka  powiedziała, że Bożence zrobiła się odleżyna na pupie i że przy wysokiej gorączce i niskim ciśnieniu   
 odleżyna robi się prawie błyskawicznie i trudno to upilnować. Trudno.
 O godzinie 20,15 poproszono mnie, abym opuścił pomieszczenie, gdyż pielęgniarki chciały Bożenkę położyć na lewym 
boku i chyba coś tam jeszcze przy Niej robić. Gdy wychodziłem temp. podniosła się do 38,0. Żal serce ściska cały czas. 
  
  Kierowca taksówki powiedział, że wiezie mnie już drugi raz, na to ja mu powiedziałem, że jest taki kierowca który 
wiózł mnie już 4 razy , a jeszcze inny 3 razy.
 
           18 lutego -  sobota

Gdy z rana podchodziłem do Bożenki, ku mojej wielkiej radości oczy miała otwarte i 
patrzyła przed siebie. Gdy do Niej coś powiedziałem, to zwróciła oczy na mnie, gdy 
zapytałem czy mnie słyszy, to ruchami powiek dała mi znać - naszym umówionym 
sposobem- że mnie słyszy. Od kilkunastu dni po raz pierwszy bardzo się ucieszyłem.
 Dużo Jej opowiadałem o tym, że przez prawie cały tydzień czekałem aż otworzy oczy, że na
 pewno wyzdrowieje, że jest w szpitalu, a ja czekam na Nią w domu. Mówiłem Jej,  że Bóg 
Ją uzdrowi i że to jest pewne. Tylko trzeba cierpliwości.
 Prawą rękę miała chłodną i z bardzo dużą opuchlizną, ale to podobno od kroplówek. 
Sprawdziłem czy nóżki ma ciepłe i czy dobrze są ułożone. Temp. ciała 37,2 czyli jednak 
stan podgorączkowy. Poza tym już na obu uszach ma odleżyny.Dowiedziałem się też, że 
Bożenkę czeka tracheotomia czyli przecięcie tchawicy celem 
założenia rurki, aby mogła Bożenka swobodniej oddychać, poza tym - co stanowi duże 
niebezpieczeństwo - to przewód doprowadzający tlen może spowodować odleżyny w gardle i 
w tchawicy, gdyż jest założony już ponad tydzień.
 Potem Bożenka zaczęła zamykać oczęta, chyba ze zmęczenia. Gdy wychodziłem  lekarka  
dyżurna powiedziała, że Bożenka zaczyna sama oddychać.
     A więc jednak poprawa zdrowia czyli proces uzdrawiania Bożenki. Wierzę w to. 
Wieczorem, gdy jestem u Bożenki temp. ciała 37,3, a Ona leży na boku.
 Oczy otworzyła na mój głos, ale kondycja chyba gorsza. Patrzę na monitor respiratora. 
Oddycha 2 razy sama /spontaneous/, a 1 raz maszyna /assist/, to chyba dobry objaw, bo 
bywało 2-3 razy maszyna, a 1 raz Bożenka.
 Poprosiłem pielęgniarkę, aby Bożence pod ucho na którym leży podłożyć kółko 
przeciwodleżynowe z pianki, oczywiście bez sprzeciwu  podłożyliśmy. Poza tym 
posmarowała Bożence powieki jakąś specjalna maścią, gdyż oczy niedomknięte u osób 
nieprzytomnych powodują wysuszenie śluzówki, rogówki? Chyba tak zrozumiałem.
We wszystkim widzę wielkie cierpienie Bożenki, ciężko oddycha, aż zanosiła się jakimś 
spazmem, a nic nie mogła powiedzieć. Ciężko się patrzy na Jej męczarnie. Nawet nie wiem 
czy Ją coś boli czy nie, rączki znów miała spocone i obrzękłe. Powiedziałem kilka słów do 
Jej uszka i wyszedłem o 20;30. Bardzo mi smutno.
          19 lutego -  niedziela

Na korytarzu przy OIOM-ie byłem z rana  lecz z uwagi na zabiegi pielęgniarskie, przy Bożence stanąłem około 11;00. 
Temp. ciała 36,5 Bożenka oczy miała otwarte, ale jak poprzednio zamazane maścią.
 Patrzyła na mnie, ale była zmęczona, bo zamykała oczy. O godzinie 11,35 wyszedłem, gdyż Bożenka zasnęła.
 Po południu, gdy przyszedłem to Bożenka  leżała na lewym boku. Cały czas coś do Niej mówiłem.
 Słuchała z otwartymi oczkami. W pewnym momencie ziewnęła. Oczywiście nie pełną buzią - tak, jak to Ona potrafi - ale 
powściągliwie. Czy to znaczy, że Bożenka wraca do zdrowia? Na temat ziewania znalazłem w Googlach taką informację:

  "Lekarze dość dawno zaobserwowali, że ludzie, którzy znajdują się w ciężkim stanie, np. po operacji lub wypadku w 
ogóle nie ziewają. Gdy zaczynają to robić, wracają do zdrowia. Niektórzy uważają nawet, że pierwsze ziewnięcie oznacza 
przełamanie kryzysu. Jednak ziewanie to nie tylko oznaka zdrowia - częste wiąże się z niektórymi poważnymi chorobami.
 Jest charakterystyczne dla epilepsji, migreny, stwardnienia rozsianego i choroby morskiej. Może także świadczyć o 
narzuceniu sobie abstynencji, zwykle pojawia się po odstawieniu narkotyków lub rzuceniu palenia.
Ziewanie całkowicie zanika, gdy cierpimy na schorzenia psychiczne: Parkinsona lub choroby charakteryzujące się 
brakiem dopaminy (to niektóre dolegliwości endokrynologiczne związane z menopauzą)"

.
Więc jak - objaw powrotu do zdrowia, czy objaw stwardnienia rozsianego. Ja tłumaczę sobie, że i jedno i drugie, ale 
bardziej  objaw powrotu do zdrowia. Tlen Bożenka pobiera średnio co drugi raz. Raz zauważyłem, że aż 3 razy wyskoczyło 
spontaneous czyli Bożenka sama oddychała aż 3 razy z rzędu.  Bożence obiecałem, że wrócę jeszcze do Niej około godziny 
20;00. Gdy przyszedłem wieczorem Bożenka była ułożona na wpół siedząco i patrzyła na mnie gdy wchodziłem do Niej. 
Cały czas smutna, żadnego słowa, nic. A już teraz na pewno zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji. Powiedziałem Jej, że już
 najgorsze minęło i w poniedziałek lub wtorek musi być zmiana na lepsze i że chyba już Ją odłączą od tych przewodów. 
Tylko słuchała. Nic mi nie może powiedzieć czy coś Ją boli, czy może coś  poprawić...
 A nawet gdyby, to nie bardzo wiedziałbym co zrobić wśród tego okablowania.
 A Bożenka oprócz przewodu z tlenem ma jeszcze sondę w jednej dziurce nosa, która włożona jest aż do żołądka.
 Sonda ta wystaje z nosa około 10 cm. Dla osoby spoza personelu wygląd tych przewodów jest tragiczny, 
a jest ich chyba z 7 może 8. Gdy wychodziłem  miała temp. 37,0 czyli stan  lekko podgorączkowy.


 
           20 lutego -  poniedziałek

 Przychodzę przed południem. Bożenka ma na lewym oku dużą opuchliznę powieki, 
nie wiadomo od czego. Patrzy tylko prawym okiem. 
Ordynator OIOM-u mówi, że może jutro spróbują założyć Bożence rurkę 
tracheotomijną, że to dla Niej bezpieczniejsze i wygodniejsze niż obecny przewód w 
gardle.  Z Bożenką kontakt jest bardzo ograniczony, prawie żaden, ledwie patrzy, 
i zaraz zamyka oczy. Oddycha dość ciężko, nie wiem jak z podawaniem tlenu   
czy ograniczony czy nie.
Wieczorem około 19;45 byłem u Bożenki. Jest chyba lepiej, Bożenka reaguje 
bardziej żywo. Powiedziałem Jej, że jutro wyjmą Jej tę rurkę, ale nic nie mówiłem o 
zabiegu tracheostomii. Wycałowałem Ją jak zawsze, z oka opuchlizna już lekko 
zeszła. Z domu wziąłem patyczki bawełniane i Bożence przeczyściłem uszy z 
woskowiny, bo o takich drobiazgach chyba tu się nie myśli. Poprawiłem kółko 
przeciwodleżynowe pod głową i co jakiś czas wycierałem rączki z potu, bo się bardzo 
spociła. Poszedłem do domu o 21;00.
          21 lutego  -  wtorek 

 Na korytarzu OIOM-u byłem przed południem i  zapytałem pielęgniarkę czy Bożenka  jest przed, czy może po zabiegu. 
Usłyszałem, że o 11;05  została zabrana na salę operacyjną. Zrobiło mi się dziwnie smutno. Nic mi innego nie pozostało jak 
modlić się o szczęśliwy przebieg zabiegu. Siedziałem w pustej kaplicy szpitalnej. Po jakimś czasie jakiś spokojniejszy 
poszedłem do tramwaju. Po południu do Bożenki wpuszczono mnie dokładnie o godzinie 18;00. Patrzyła na mnie i rzeczywiście
 oddychała sama.  Przy ustach już nic nie miała. Cały czas smutna. Wydaje mi się, że chyba już nigdy się nie uśmiechnie. 
Smutną buzię wycałowałem bardzo delikatnie tak, że Bożence oczka zaczęły się zamykać. Pielęgniarka powiedziała mi, że 
miejsce po zabiegu jeszcze Ją boli i dostaje coś przeciwbólowego. Podkurczyłem Bożence wyprostowane nóżki i zaraz w takiej 
pozycji zasnęła. W końcu dziś miała dość ciężki dzień i w stresie. Potem przebudziła się, trochę do Niej coś mówiłem i znów   
oczka Jej się zamykały i chyba zasnęła. Wtedy dopiero wyszedłem. Była godzina 19;30 a temp. ciała 37,1.  Od samego 
początku pobytu na OIOM-ie Bożenka odżywiana jest sondą założoną przez nos. Prawdopodobnie czeka Bożenkę jeszcze 
jeden zabieg - 
założenie sondy do żołądka. 


           
22 lutego - środa

  W południe Bożenka oczy ma zamknięte, ale gdy zaczynam do Niej mówić otwiera. Poprawiam Jej poduszkę 
  przeciwodleżynową pod głową, potem przecieram oczy, zginam nóżki żeby miała podkurczone /bo tak zawsze lubiła/ 
  i w takiej pozycji robi się znów senna. Rzuciłem okiem na monitor- temp. ciała była 36,5.
  Ciśnienie wyjątkowo niskie bo 50/83.  Rączki ma opuchnięte, ale gdy podnoszę do góry i nacieram to opuchlizna jakby 
  zmniejszyła się. Oczy są już normalne, bez opuchlizny. Kupiłem 2 nowe poduszki przeciwodleżynowe.
  Telefonicznie dowiaduję się, że Bożenkę dziś przenoszą na Oddział Wewnętrzny II, a jutro ma mieć zabieg - przetokę 
  żołądkową. Nowa epoka w życiu Bożenki w zakresie przyjmowania pokarmu i płynów  z pominięciem przełyku, gdyż 
  występuje za duże ryzyko ponownego zakrztuszenia się. Bożenkę znalazłem na Oddziale Wewnętrznym II o godz.19,
  b. ciężko znów oddychała, usta otwierała i oczami patrzyła w górę. 
              Podobnie jak kiedyś wpadłem w panikę tym bardziej, że z tym Oddziałem mam niemiłe skojarzenia, przecież stąd    
          Bożenka trafiła na OIOM. Ale po odessaniu wszystko się unormowało.
         O godz.20;00 laryngolożka zbadała Bożenkę i powiedziała, że przyjdzie ponownie przed północą. O 20;20 Bożenka już     
         oddychała spokojnie i zaczęła spać. Poinformowano mnie, że prześwietlenie płuc wykazało zapalenie jednego płata         
         płucnego. Jeszcze tego brakowało. Od godziny 21-ej do 23;15 Bożenka leżała na prawym boku, ale ciągle chciała,           
         żebym  poprawiał Jej poduszkę pod głową. Nie spała. Dopiero, gdy o 23;15 została położona na wznak zasnęła.
   Zaraz też wyszedłem polecając pielęgniarkom opiekę szczególną przy Bożence, która nawet smacznie zasnęła.
                Po 11 pełnych dobach pobytu na Oddziale Intensywnej Terapii, gdzie wstęp był ograniczony do minimum, 
 teraz  znów mogę siedzieć przy Bożence bez ograniczeń.
  Najdramatyczniejsze dni w życiu Bożenki / luty - marzec 2006 r./
       Bożenka dziś żyje, znów  uśmiecha się, choć już  rzadziej niż 
dawniej. Jej powrót do zdrowia to 
CUD. Ja o tym wiem, gdyż 
nie kto inny tylko ja rozmawiałem o Bożence z Tym, który jest 
Panem życia i śmierci. Pisałem trochę o tym tu
  ========>>>
powiększ
powiększ
powiększ
powiększ
powiększ
powiększ
Zaktualizowano i uzupełniono 
11 listopada 2015 r.
Dziś - 19 lutego 2016 roku, a minęło pełnych 10 lat od tamtych dni - Bożenka siedzi sobie w 
fotelu, po śniadaniu i po małej filiżance kawy słuchając radia, patrzy sobie w okno jak mewy 
krążą między blokami w poszukiwaniu jedzenia, a ja zadowolony że mam Bożenkę aktualizuję 
tę podstronę. Oczywiście, że Bożenka nadal się krztusi, ale robię wszystko, aby jak najrzadziej 
miało to miejsce. Nie jest łatwo, ale cóż - taki żywot. :)


              
 Zapraszam do moich wierszy - również o Bożence
Zapraszam do kliknięcia na zdjęcia pod strzałkami